Wycieczki
Wyprawa rowerowa Zakopane – Budapeszt – Poprad | Wyprawa rowerowa Zakopane – Budapeszt – Poprad |
|
|
| Redaktor: Krystian Klonecki | |
| 20.08.2008. | |
|
Do wyjazdu stawiło się dwóch śmiałków – nasz użytkownik Krystian Klonecki oraz Mariusz Zapała. Z Początku w planach było objechanie tylko Tatr wokół, ale przewidzieliśmy, ze niedosyt kilometrów nas złapie i stwierdziliśmy, że idziemy na żywioł i jedziemy do Budapesztu. Około godz. 13 dojechaliśmy do Starego Smokowca, pięknej miejscowości turystycznej położonej u podnóża Tatr Słowackich, zjedliśmy konkretny obiad i niestety ulewa uniemożliwiła nam na 2 godziny dalsza jazdę. Nie pozostało nic innego jak rozłożyć się na trawce pod drzewem i nabierać sił. Ok. 15 ruszyliśmy dalej, ustaliliśmy że nasz 1 nocleg wypadnie w Słowackim Raju, udało nam się dotrzeć do Cingov, miejscowości położonej na samym skraju Słowackiego Raju, kąpiel w lodowatym Hornadzie orzeźwiła nas i odświeżyła:] 1 dnia przejechaliśmy ok. 110 km, na kolacje wciągnęliśmy kiełbaski z ogniska, które zapijaliśmy widokiem zachodzącego słońca wśród szczytów Tatr. Dzień 2, piątek i grzejemy gulasz z kus kusem ;)wzbudzając zainteresowanie i zdziwienie otaczających nas ludzi… ale co? Nie wyglądamy na turystów? Najedzeni ruszamy dalej – cel – granica słowacko – węgierska. Wyjechaliśmy dość późno bo ok. 21 wiec ciśniemy pełną parą, na liczniku 33-35km/h. Do granicy dojeżdżamy już po zmroku, na stacji kupujemy zapas wody, przejeżdżamy jakieś 200 m i stwierdzamy, że jest za ciemno na dalsza jazdę. Wbijamy się na pole, rozbijamy namiot, zupka chińska i spać :D rano oczom naszym ukazuje się olbrzymie pole kukurydzy i słoneczników. Dzień, 3 Sobota których przy drodze była po prostu cala masa. Robi się coraz goręcej, pijemy litry wody, tamtego dnia oboje wypiliśmy chyba po 6 litrów wody. Ok. 16 dojechaliśmy do Tokaju, znaleźliśmy camping gdzie w końcu skorzystaliśmy z prysznica, to było coś!! Prysznic po 3 dniach jazdy! robimy szamę, makaron z sosem bolognese i kukurydzą. Wyjeżdżamy ok. godz. 18 do Miszkolc, zostało nam tylko 60 km więc ciśniemy, fajna droga, płasko, zero ruchu. Do Miszkolc zajeżdżamy już po ciemku, ok. 22. Wjeżdżamy w centrum, siadamy na starówce i popijamy zimne piwko za ok. 2,5 zł!! To jest to ;) na mapie znajdujemy camping w okolicy Miszkolc Tapolca, gdy dojeżdżamy na miejsce okazuje się, że camping jest zamknięty, co prawda siedział w budce cieć, ale nie chciał otworzyć, pukamy w okienko, wołamy ale nic. Rozglądamy się wokół, szukając miejsca na rozbicie namiotu, naprzeciwko „campingu” stał hotel, wiec rozbijamy namiot na trawniku przed wejściem do hotelu – a co !! :D Droga była cały czas pod górkę, do tego bardzo kręta, zdyszani wtaczaliśmy się mozolnie robiąc odpoczynek co parę kilometrów. Dojeżdżamy do małej wioski na szczycie, kupujemy w warzywniaku wielkiego arbuza, tam owoce to są owoce! Arbuz w środku soczysty, słodki, po prostu pycha! Ruszamy dalej, do samego Eger było z górki, nie mogło być inaczej. Znów kilkunastokilometrowy, jak nie dłuższy zjazd, mocno kręty więc nie dało się rozwijać takich prędkości jak wcześniej, droga dziurawa, ruch średni. Wjeżdżamy do Eger i kierujemy się od razu do Doliny Pięknej Pani. Jest to dolina, w której znajdują się piwniczki winne, ułożone w kształcie podkowy, w każdej można skosztować różnego rodzaju win. Zauważyliśmy śliczną dziewczynę przed jedną z piwniczek i postanowiliśmy właśnie u niej spróbować wina. Dostaliśmy po lampce półsłodkiego czerwonego wina, to była uczta, zakupiliśmy butelkę 2 litrowego trunku, zapłaciliśmy ok. 13 zł. Tego dnia stwierdziliśmy, że spróbujemy jazdy nocą i pojedziemy do Budapesztu choćbyśmy mieli jechać całą noc. Ruszyliśmy główną szosą pomimo zakazu ruchu rowerów, nie było z tym właściwie żadnych problemów, policji nie widziałem na Węgrzech ani razu, tylko kierowcy czasem trąbili i błyskali długimi światłami. Ok. godz. 24 dojechaliśmy do Gyongyos, 80 km od Budapesztu, zatrzymaliśmy się na stacji po zapas wody i na małą szamę i swierdziliśmy, że jednak jest to zły pomysł aby jechać całą noc. Przenocowaliśmy parę km za miastem znów pod jakimś hotelem :D
ruszamy ok. 12 na zwiedzanie miasta. Jemy wspólny obiad w restauracji nad Dunajem i rozstajemy się z ekipą, ruszamy z Mariuszem w kierunku Wyszehradu skąd mieliśmy przeprawić się jeszcze tego dnia na drugą stronę Dunaju i stamtąd kierować się na granice węgiersko – słowacką. Ostatni prom mieliśmy o 21:45 wiec cisnęliśmy, bo czasu było niewiele. Przed Wyszehradem zobaczyliśmy znak przeprawy promowej, stwierdziliśmy że zamek nas niewiele interesuje, więc popłyniemy już na drugą stronę. Załadowaliśmy się na pokład, wydaliśmy nasze ostatnie pieniądze na prom. Dopłynęliśmy na drugi brzeg, wyjechaliśmy z bazy promowej i… stwierdziliśmy, że jakoś nie ma znaków na Nagymarosz, w kierunku którego mieliśmy jechać. Obok stal jakiś bar, do którego poszliśmy spytać o drogę, co się okazało… byliśmy na wyspie. Kwa mać… co teraz? Na szczęście był most… musieliśmy wyspą wrócić się 30 km, i znów jechaliśmy w kierunku Wyszehradu, wiedzieliśmy, że tej nocy nie dostaniemy się na Słowację… rozbiliśmy ostatecznie namiot u podnóża góry, na której stał zamek pod samym Dunajem i długo nie mogliśmy zasnąć z wrażenia :] znów wzbudzając podziw innych turystów, popijamy Egerskim winem i ruszamy dalej w kierunku Lucieńca. Granicę przekraczamy w małej miejscowości Sahy, znów zakupy w Tesco, dla odmiany popijamy zimne kakao z kartonika, dosyć mineralnej i tabletek musujących! Do Lucieńca zajeżdżamy w nocy ok. 23, wjeżdżając do miasta z bocznej uliczki wyjechał rowerzysta, jak nigdy w życiu… zaczepiam go, pytając o „zeleznica stanica”, koleś okazuje się bardzo pomocny – widać pasja łączy ludzi! Zaprowadził nas na dworzec, pomógł znaleźć odpowiedni pociąg do Popradu oraz kupić bilety na rowery, bo nie każdy pociąg na Słowacji je przewozi. Pociąg mieliśmy dopiero po 6, więc poszliśmy zjeść w końcu cos normalnego i treściwego, znaleźliśmy pizzerię w pobliżu dworca, w której oczywiście zjedliśmy pyszną pizze. Noc spędziliśmy na dworcu w poczekalni, dworzec był zamykany na noc przez policję a poczekalnia znajdowała się na terenie posterunku więc nie było obaw o rowery i cokolwiek, mogliśmy spokojnie spać… na twardych ławkach, rozbijać namiotu nie było gdzie ani po co.
wyżej rowerem nigdy nie wjechałem. Wcinamy Langosza, robimy zdjęcie nad stawem i zjeżdżamy w dol. Nie wiem czy na tatrzańskich szlakach obowiązuje jakieś ograniczenie prędkości... Ale cisnęliśmy ile się dało :D zakręty zmuszały do jazdy z ręka na hamulcu a i ludzie idący szlakiem stanowili mały „problem”, który na hasło „Pozor!!” sam znikał w krzakach :D We wtorek z Waldkiem tylko we dwóch weszliśmy na Jagnięcy Szczyt, Mariusz odpuścił tego dnia z powodu kontuzji kolana a Włodek postanowił, że poczeka na nas w schronisku przy Zielonym Plesie. W drodze powrotnej ze szczytu spotykamy stado dwunastu kozic. Środa była dniem odpoczynku, w czwartek wszyscy 4 o wspólnych siłach weszliśmy na Rysy, Mariusz mimo silnego bólu kolana również. Byliśmy wszyscy zmęczeni po tych 2 dniach, szczególnie że z Mariuszem mieliśmy już prawie 900 km „w nogach” więc w czwartek pojechaliśmy znów regenerować siły do popradzkiego AquaCity. zapraszamy do dyskusji na forum w temacie: Wyprawa rowerowa Zakopane – Budapeszt – Poprad 2008 r. |
|
| Zmieniony ( 19.09.2008. ) |
| następny artykuł » |
|---|