• Narrow screen resolution
  • Wide screen resolution
  • Auto width resolution
  • Increase font size
  • Decrease font size
  • Default font size
  • default color
  • red color
  • green color
Strona Główna arrow Wycieczki arrow Karpaty Ukraińskie
Karpaty Ukraińskie Drukuj Email
Redaktor: ina   
29.08.2008.

Ekipa Outdooru wystartowała z krakowskiego Dworca Głównego pociągiem do Przemyśla. Planowo miał odjechać o 3:05, lecz miał godzinę opóźnienia (dobry początek...). Cóż... był czas na oficjalne otwarcie urlopu zainicjowane browarkiem na peronie. Pociąg przyjechał załadowany po brzegi, ale wolne pomieszczenie z umywalką zmieściło 2 plecaki i inę 8)
Po kolejnym browarku ekipa padła tam gdzie siedziała, choć Nocnemu udało się w końcu wbić do jakiegoś przedziału ze starą, śmierdzącą babą, ina postanowiła nie ryzykować uduszenia i została w umywalkowej dziupli. O 8 rano dotarliśmy do Przemyśla, gdzie pan w przejściu podziemnym krzyczał, że autobus do Lwowa czeka od 40 minut, więc skorzystaliśmy z okazji i się do niego wpakowaliśmy, unikając sterczenia w upale i ścisku na przejściu pieszym w Medyce. Ok godziny 13 dotarliśmy na lwowski dworzec autobusowy (Stryjs'kyj Vokzal'), skąd zostało tylko przetelepać się na dworzec kolejowy (Zaliznychnyj Vokzal') w celu kupienia biletów na nocny pociąg do Kołomyi. Po pomyślnie przeprowadzonej transakcji, plecaki zostały oddane do przechowalni, a my ruszyliśmy eksplorować Lwów.

1.
P1080617.JPG
2.
P8020001.JPG
3.
P8020005.JPG
4.
P8020008.JPG
5.
P8020009.JPG
6.
P8020010.JPG
7.
P8020012.JPG
8.
P8020013.JPG
9.
P8020016.JPG
10.
P8020017.JPG
11.
P8020018.JPG
12.
P8020020.JPG
13.
P8020021.JPG
14.
P8020022.JPG
15.
P8020030.JPG
16.
P8030032.JPG
17.
P8030040.JPG

Po zapoznaniu Nocnego z głownymi atrakcjami Lwowa, o 21.30 wsiedliśmy do dyliżansu zmniejszającego dystans dzielący od gór. 7 rano - kołomyja. Zgodnie stwierdzając, że skoro są wakacje i nigdzie nam się nie spieszy, olaliśmy marszrutkę jadącą do Werchowyny (jedyną bezpośrednią w ciągu dnia, podstawianą właśnie pod ten pociąg) i udaliśmy się na zwiedzanie Kołomyi. Po godzinie okazało się, że średnio jest co zwiedzać, a muzea, które nas interesowały, otwierają za 2 godziny. Cóż robić... po stoczeniu walki z osami zasiedliśmy na kołomyjskim Rynku w celu spożycia śniadania doskonałego, aby w końcu dobić się do Muzeum Pokucia i Huculszczyzny, Muzeum Pisanki, a w drodze na dworzec zjeść domowe ukraińskie żarło.

1.
P8030035.JPG
2.
P8030037.JPG
3.
P8030038.JPG
4.
P8030039.JPG
5.
P8030041.JPG
6.
P8030042.JPG
7.
P8030044.JPG
8.
P8030046.JPG
9.
P8030047.JPG
10.
P8030048.JPG
11.
P8030049.JPG
12.
P8030050.JPG
13.
P8030051.JPG
14.
P8030053.JPG
15.
P8030055.JPG

Dotarłszy busem na awtostancję, zakupiliśmy bilety do Worocht, aby stamtąd po 10 minutach złapać busa do Werchowyny. Stąd teoretycznie miał być za 15 minut autobus do Dzembroni, ale... zonk. Miła pani mnie poinformowała, że do Dzembroni nic nie jeździ, bo nie ma drogi i radzi wrócić do Ilci tym busem, którym przyjechaliśmy i stamtąd iść na nogach. Czyli jednak powódź zebrała żniwo... Mus to mus. Na drodze z Ilci robotnicy poradzili zawrócić, póki jeszcze blisko, bo (znowu) "dorohy ne maje!". Niezrażeni poszliśmy dalej, nic nie wskazywało na jakaś drogową masakrę. Mhm.. do czasu. Po godzinie zaczyna się coś, co było kiedyś drogą, wyglądające jak po wybuchu bomb. Asfalt połamany, zawalony, w 3/4 droga wymyta przez Czeremosz. Ok. Uwierzyły Niewierne Tomasze... Po dotarciu do rozwidlenia na Dzembronię i Bystrec, tym razem posłuchawszy miejscowych, mając do wyboru 4km potokiem do Dzembronii, lub 3 drogą do Bystreca, wybraliśmy bramkę nr 2. Do wsi dotarliśmy ok 21 i udało się znaleźć nocleg w cenie promocyjnej 20 hrywien (brak prądu). Gospodyni poczęstowała nas świeżym mleczkiem, zjedliśmy zupki, wypiliśmy kalinówkę i odpłynęliśmy. Dwie godziny później mleko ścięło się w żółądku iny i wywołało sztorm z powodzią obustronną... Popołudniu ina zmartwychwstała, ale nie miała siły i nie było już sensu ruszać w trasę. Lecz sił wystarczyło na penetrację wioski Bystrec:

1.
P8030057.JPG
2.
P8040058.JPG
3.
P8040059.JPG
4.
P8040064.JPG
5.
P8040066.JPG
6.
P8040067.JPG
7.
P8040069.JPG
8.
P8040070.JPG
9.
P8040072.JPG
10.
P8040073.JPG
11.
P8040074.JPG
12.
P8040076.JPG
13.
P8040077.JPG
14.
P8040078.JPG
15.
P8040081.JPG
16.
P8040084.JPG
17.
P8040086.JPG
18.
P8040088.JPG
19.
P8040090.JPG
20.
P8040091.JPG
21.
P8040092.JPG

Tym zrządzeniem losu, które nas udupiło we wsi dzień dłużej, ekipie eNGieTu udało się kole północy do nas dołączyć i rano, wszyscy zdrowi, sił pełni i gór spragnieni, wyruszyli wreszcie w stronę Popa Iwana. Pierwszym celem ustanowiono Chatę u Kuby - prowadzoną przez Polaka, ostatnią chałupę w Dzembronii. Wg przewodnika droga powinna zając 1,5 - 2 godziny, ale... nie nam ;D Nie, nie zgubiliśmy drogi, my nawet nie trafiliśmy na jej początek, po kilku próbach jej znalezienia, pocięliśmy na przełaj, zaliczając kilkadziesiąt bagien zmieszanych z gnojówką, kilkanaście płotów i kilka potoków.

1.
P8040062.JPG
2.
P8040082.JPG
3.
P8040093.JPG
4.
P8040094.JPG
5.
P8050095.JPG
6.
P8050096.JPG
7.
P8050097.JPG
8.
P8050098.JPG
9.
P8050099.JPG
10.
P8050100.JPG
11.
P8050103.JPG
12.
P8050104.JPG

Tuż przed wyjściem na ostatnią prostą:

Po 5 godzinach popijaliśmy herbatkę obok Chaty u Kuby :D

1.
P8050109.JPG
2.
P8050110.JPG
3.
P8050111.JPG
4.
P8050112.JPG
5.
P8050113.JPG
6.
P8050114.JPG
7.
P8050115.JPG
8.
P8050116.JPG

Lunęło. Czekamy. Jeśli do 17 przestanie padać, to idziemy dalej. I o 16.30 wyruszamy na czarny szlak wiodący w stronę Popa Iwana. Po przejściu dwóch ostatnich płotów, wchodzimy do lasu, gdzie droga wiedzie lekko w górę i (coś nowego) po błocie :) Ok 3,5 godziny później, na Hali Czuhrowej, oczom naszym ukazuje się szałas stojący kilka metrów od dróżki. Nie ma połowy desek, ale 2 namioty spokojnie w nim rozbijamy i jako dodatkowa osłona od wiatru i ewentualnego deszczu jest idealny. Oprócz namiotowej izby szałas ma aneks kuchenny i zamykaną sypialnię, która posiada wszystkie deski, co okazuje się istotne, gdy zaczyna lać a do końca flaszki sporo zostało ;) Uzupełnienie wodne: obok jest elegansi strumyk.

1.
P8050102.JPG
2.
P8050119.JPG
3.
P8050120.JPG
4.
P8050123.JPG
5.
P8050124.JPG
6.
P8050126.JPG
7.
P8050127.JPG
8.
P8060140.JPG

Rano nie pada. Ruszamy w stronę Popa. Idzie się bardzo przyjemnie, podejście jest łagodne, wśród traw.

1.
P8060128.JPG
2.
P8060130.JPG
3.
P8060131.JPG
4.
P8060132.JPG
5.
P8060134.JPG
6.
P8060138.JPG
7.
P8060144.JPG
8.
P8060166.JPG

Na Przełęczy nad Kwadratem oddech i odbiór mojego niezbędnika od mieszkańców Chaty u Kuby, który tam zostawiłam dzień wcześniej ;D Kwadrat - ruiny niegdyś najwyżej położonego polskiego schroniska AZSu. No, ale czas iść. Ok godzinę później docieramy do ruin polskiego obserwatorium na szczycie Popa Iwana. Piździ niemiłosiernie, ubieramy się we wszystko co mamy wiatroszczelne i plątamy się tam z godzinę (popas, ruiny, widoki, zdjęcia itp).

1.
P8060136.JPG
2.
P8060139.JPG
3.
P8060142.JPG
4.
P8060143.JPG
5.
P8060145.JPG
6.
P8060149.JPG
7.
P8060150.JPG
8.
P8060152.JPG
9.
P8060153.JPG
10.
P8060154.JPG
11.
P8060159.JPG
12.
P8060162.JPG
13.
P8060163.JPG
14.
P8060164.JPG
15.
P8060165.JPG
16.
P8060168.JPG


Panoramka spod Popa

Pop Iwan z Przełęczy

Panoramka z Popa

W planie na dziś mamy dojście do Jeziora Niesamowitego, co ma zająć ok 4 godzin. Oczywiście zajmuje znacznie więcej ;D Na grani duje wicher że hej. Nocny przewiany już dzień wcześniej, dostaje w gradło i płuca dawkę wiatru ostateczną. Wiemy, że się nie zgubimy, co nie zmienia faktu, że nie mamy pojęcia jak daleko jest Niesamowite. Mapy w tym wcale nie pomagają... Wreszcie, przed zachodem docieramy do Jeziorka. Ponoć nie można w jego okolicy biwakować (tzn. nie można na terenie całego Karpackiego Parku Narodowego, ale nad jeziorem ponoć strażnicy łapią :]), a oczom naszym ukazuje się ponad 20 namiotów ;D
Po kolacji, zmęczeni, wydmuchani ;D Nocny z antybiotykiem i Jacek idą spać od razu, a my z Traszanem raczymy się kilkoma baniami żytniej. Chyba też jesteśmy padnięci, bo flaszki nie kończymy - bedzie czym wznieść toast na Howerli :)
Nad Jeziorem Niesamowitym

Noc na wysokości 1701mnpm była bardzo zimna. Każdego choć trochę przetelepało w lanserskich śpiworkach ;) Dowodem tego był poranny szron. Po śniadanku zebraliśmy się i wyruszyliśmy zdobyć najwyższy szczyt Ukrainy - Howerlę (2061). Nie chciało nam się wyłazić na górę, więc postanowiliśmy na przełaj strawersować zbocze i wyjść na grań znacznie bliżej głownego celu. Była tam nawet ścieżka. Podobno... Przeoraliśmy znowu bagna i kosówkę. Nocny z Pajacykiem wyleźli po prawie pionowym zboczu, my z Traszanem postanowiliśmy jednak znaleźć trawersującą ścieżkę. Do Howerli granią szło się bardzo przyjemnie.

1.
P8060170.JPG
2.
P8060171.JPG
3.
P8060178.JPG
4.
P8060179.JPG
5.
P8060180.JPG
6.
P8060183.JPG
7.
P8060184.JPG
8.
P8060186.JPG

Cel

Po godzinie stanęliśmy u stóp "Świętej góry". "eee podejście jak na Jarząbczy" stwierdziła ina i po 45 minutach znaleźliśmy się tam, gdzie milion innych osób w tym samym czasie ;D Dla Ukraińców to taki nasz Giewont - trzeba na niego wejść, stąd tłumy ceprów i góra śmieci...

1.
P8060169.JPG
2.
P8070231.JPG
3.
P8070233.JPG
4.
P8070235.JPG
5.
P8070236.JPG
6.
P8070237.JPG
7.
P8070249.JPG
8.
P8070254.JPG


Widok z Howerli

po obaleniu resztek horiłki rozpoczęliśmy zejście. Plan założył olanie Pietrosa i znalezienie jakiejś wsi... godzinę niżej napotkaliśmy budkę ze strażnikiem, który ściągnął z nas po 10 hrywien za wjazd do Parku Narodowego. Na pytanie o najbliższą wieś dowiedzieliśmy się, że jest ona 5 godzin drogi stąd. Załamani powiedzieliśmy, że chcemy gdzieś kupić piwo i wódkę, na co strażnik wskoczył w kosówkę i wyciągnął flaszkę :D po jej wypiciu droga do wsi, wg niego, spadła z 5 do 3 godzin na czworakach. Niestety, i tak szliśmy 5...
Po stromym zejściu na skróty, masakrycznie długiej dolinie dotarliśmy do wsi Ust'-Howerla. Tam na sklepowych schodach urządziliśmy popas z chlebem, rybą, piwem i ogórami. Najedzeni utargowaliśmy z miejscowym dżolem zawiezienie do Rachowa - najwyżej położonego miasta na Ukrainie. Tam znaleźliśmy turbazę "Tisa". Tam był PRYSZNIC!!! I generalnie warunki ful wypas.

1.
P8070263.JPG
2.
P8070264.JPG
3.
P8080267.JPG
4.
P8080268.JPG
5.
P8080270.JPG
6.
P8080272.JPG
7.
P8080273.JPG
8.
P8080274.JPG

Jak quartet stał się triem, o niebo piękniejszy Świdowiec i jak burza dowaliła sierotom.

Poranek w Rachowie pryzwitał nas lampą za oknem i bezchmurnym niebem. Po obudzeniu się, Nocny stwierdził, że jego Cholera Płucna osiągnęła apogeum i on nie da rady. Odprowadził pozostałych (pewnie, żeby się upewnić, czy na pewno poszliśmy). W centrum, gdy spożywaliśmy kawę, dosiadł się tubylec-pijaczek i gdy już wysłuchaliśmy kazania, pokazał nam kto na Zakarpaciu nie pije - ten na pomniku, bo "w jednej ręce trzyma karabin a w drugiej flagę i nie ma wolnych rąk na kieliszek" ;D Dostał banie, browara i oddaliliśmy się w pokoju. Wzdłuż Cisy idąc, w kierunku szlaku na Świdowiec, kilkaset metrów dalej, zaatakował nas sklep z zimnym lanym... Pit stop. Tu, otrzymawszy błogosławieństwo od Nocnego, quartet się rozdzielił. Solo wróciło do rachowskiego łóżka i antybiotyku a trio jęło się piąć na Świdowiec. Na początku minęli żydowski cmentarz i kilka uroczych zabudowań.

Robienie 1000 metrów przewyższenia gdy żar leje się z nieba a pot z każdej komórki ciała jest niezwykłym przeżyciem 8) Mozolnie, lecz uparcie, z rekordową ilością przystanków wreszcie wyszliśmy na coś prostszego. Po drodze nareszcie zobaczyliśmy Rachów w dole (zdj.1). Droga wiodąca przez Świdowiec jest szeroka i ubita. Co jakiś czas przejeżdża ciężarówka, głównie po to, aby pozbierać zbieraczy borówek.  A tych jest co niemiara! My też zaliczyliśmy borówkowy popas 8)

1.
P8070261.JPG
2.
P8080281.JPG
3.
P8080284.JPG
4.
P8080285.JPG
5.
P8080290.JPG
6.
P8080294.JPG
7.
P8080303.JPG
8.
P8080304.JPG

Szło się tak dobrze, że postanowiliśmy się nie rozbijać na rozwidleniu przed Dumeniem przy wodzie cieknącej z rury, ale dojść do turbazy Prolisok, stwierdzając, że jutro będzie bliżej do Bliźnicy. Po drodze spotkaliśmy parkę Czechów, którzy z przerażeniem zapytali o jakieś źródełko, bo w Prolisku nikogo nie ma. O... Trudno. Idziemy tam. Wodę znajdziemy. Na miejscu okazało się, że turbaza jest oczywiście otwarta. Chcięliśmy się rozbić poniżej, obok pasterzy i kupić od nich ser, ale prawie nas zjadł ichniejszy pies-monstrum, więc zawróciliśmy do Proliska. Tam gość nam zaproponował nocleg w środku za 20hr. od łebka, albo 15hr. za rozbicie namiotu. Wybraliśmy 5hr. na łebka. Znowu zimny prysznic w spartańskich warunkach, Pajacyk nawet wolał pod szlauchem się potaplać ;D Ponieważ zapas % mieliśmy uzupełniony, sączyliśmy wódeczkę już od rozbijania namiotu, przez gotowanie, kąpiel, wymuszanie sera i wszystkie inne czynności aż do zmroku. Potem już tylko siedzieliśmy i sączyliśmy ;D Po zbawieniu świata, unifikacji wszystkich religii, wysłaniu polityków w kosmos, zachwycie nad pięknym rozgwieżdżonym niebem, udaliśmy się na zasłużony spoczynek. My z Traszanem do namiotu, Pajacyk miał płachtę.

1.
P8080305.JPG
2.
P8080308.JPG
3.
P8080309.JPG
4.
P8080312.JPG
5.
P8080318.JPG
6.
P8080319.JPG
7.
P8080321.JPG
8.
P8090322.JPG
9.
P8090330.JPG

W nocy obudziły mnie grzmoty błyski trzaski ulewa i sajgon ogólny. Myśli mieliśmy te same "raz dwa trzy GRZMOT! spierdalamy z namiotu!!! ok jeszcze nie... ciekawe czy jesteśmy jedyny żelastwem na tej górze, czy ta buda ma piorunochron..." zawinęłam głowę w polar wedle zasady "jak ma we mnie walnąć, to przez sen" i zasnęłam. Nad ranem otwiera się namiot i słyszymy Pajacyka "przesuńcie się, bo mi trochę mokro". Noł problem. I Traszan zadał TO pytanie "A co? Płachta Ci przemokła?" i padła TA odpowiedź "nie, nie chciało mi się do niej wejść" ;D Jak się okazało sen Pajacyka jest nieczuły na wszelkie ulewy i burze. Został przerwany dopiero gdy właściciel snu leżał w 5-cio centymetrowej kałuży ;D Cóż. Wyzbieraliśmy się rano, uderzyliśmy do turbazy suszyć dobytek. Na szczęście było pusto, rozpaliliśmy piec, rozwiesiliśmy szmaty i całą resztę i gniliśmy opierdalając się cały dzień... Co chwilę lało, chmury latały jak oszalałe, zero widoczności...

1.