• Narrow screen resolution
  • Wide screen resolution
  • Auto width resolution
  • Increase font size
  • Decrease font size
  • Default font size
  • default color
  • red color
  • green color
Strona Główna arrow Wycieczki arrow Grossglockner [czerwiec 2007]
Grossglockner [czerwiec 2007] Drukuj Email
Redaktor: NocnyMarek   
12.09.2008.

Pomysł wyjazdu na Grossglocknera chodził mi po głowie już od dłuższego czasu, więc gdy padła propozycja wyjazdu, padło tylko pytanie: Kiedy?. Termin wypadł na długi weekend podczas Bożego Ciała, więc w środę zaraz po pracy udałem się do Rybnika, skąd wieczorem w trzy osoby wyjechaliśmy z zamiarem zdobycia najwyższego szczytu Austrii – 3798 m n.p.m. Jechaliśmy w kierunku na Brno a następnie przez Wiedeń, Linz, Salzburg, kierując się do miejscowości Ferleiten, w której czkała nas opłata w wysokości 28 euro za wjazd na teren parku narodowego i Grossglockner Hochalpenstrasse, którą dojechaliśmy na parking Franz-Josefs-Hohe.

Widoki po drodze okazały się zdecydowanie warte kasy, którą przyszło nam zapłacić za wjazd na teren parku. Sama trasa jest bardzo malownicza, prowadząca niezliczoną ilością serpentyn z przygotowanymi co chwilę punktami widokowymi oraz informacjami o widocznej panoramie. Do w/w parkingu dotarliśmy w czwartek koło południa i po przepakowaniu wyruszyliśmy do schroniska Erzherzog-Johann Htt, przechodząc obok nieczynnego schroniska Hoffmana i schodząc do lodowca Pasterze. Po jego przejściu, zaczęliśmy podejście najpierw po skałach, a następnie po lodowcu Hoffmanskees. Wszystko byłoby w porządku gdyby nie to że praktycznie cały czas szliśmy w chmurach, przez co idąc po lodowcu musieliśmy głównie opierać się na niezbyt widocznych śladach zostawionych przez poprzedników. W efekcie zboczyliśmy trochę z trasy i zamiast skręcić w prawo i iść w kierunku schroniska mając grań po lewej stronie dotarliśmy pod szczyt Kellersberg 3240 m n.p.m. Trochę zdziwiliśmy się miejscem do którego doszliśmy bo jakoś schroniska tam o dziwo nie było i dobrą chwile zajęło nam odnalezienie się na mapie. Gdy już wiedzieliśmy gdzie jesteśmy, wiatr na kilka chwil przegonił chmury i wiedzieliśmy już dokładnie w jakim kierunku mamy się udać.Schron miał otwartą tylko część zimową w której zastaliśmy zarówno czwórkę rodaków jak również czwórkę Słowaków. Na zakończenie pochmurnego dnia, pogoda się do nas uśmiechnęła i mieliśmy okazję podziwiać widoki w skąpanej w chmurach okolicy. Widoczek zapierał dech w piersiach.

Podejście dnia następnego rozpoczęliśmy ok. 8 rano. Wyszliśmy ze schroniska, mając w perspektywie ok. 2 godziny drogi na szczyt. Widoczność przez chmury znowu była kiepska ale przynajmniej nie wiało i nie padało. Na szczyt dotarliśmy bez większych problemów, a jedynym momentem który mógł napędzić stracha to przejście między Kleinglocknerem i Grossglocknerem, gdzie trzeba było przejść ok. 3 metry po dosyć wąskim siodle. Dla mnie bomba! Od tego miejsca wspinaczka w górę już w zasadzie nie sprawiała większych problemów i chwilę później byliśmy na szczycie. Pamiątkowa fota i z braku jakiejkolwiek widoczności, zaczęliśmy zejście. Wszystko byłoby ok. ale na szlaku już się zaczął robić całkiem spory tłok, więc droga w dół zajęła nam więcej czasu niż wejście. Na szczęście było z kim pogadać stojąc w kolejce, bo ponad połowa ludzi podążających na szczyt to byli Polacy. Wyjątkowo upierdliwe okazało się dosyć strome zejście żlebem gdzie się kończyły skały ze względu na cholernie sypki i śliski śnieg. Dwa razy ćwiczyłem hamowanie czekanem po tym jak mi nogi mimo założonych raków obsunęły się na śniegu.

Dosyć mocno się zdziwiliśmy jak dotarliśmy do schroniska, które zastaliśmy otwarte i już „normalnie” pracujące. Trzeba przyznać że przez ok. 5 godzin naszej nieobecności gospodarze naprawdę się musieli sprężyć żeby uruchomić schronisko. Nie wiem dokładnie jak byłoby z noclegiem przy otwartym schronisku, ale wg cennika kosztował on 35 euro, więc można powiedzieć że mieliśmy farta.

Samo zejście w sumie też nie sprawiało większych problemów, poza tym że się złaziło i złaziło. Jedynie na lodowcu Hoffmanskees śnieg był dosyć mokry i ślisko było na tyle że po kolejnej glebie ubrałem raki. Przejście z powrotem przez Pasterze i podejście pod schronisko Hoffmana poszło już dosyć szybko, a po drodze mieliśmy okazję widzieć całkiem sporo świstaków które grasowały w pobliżu szlaków. Oczywiście jak już schodziliśmy rozpogodziło się i szczyt było widać idealnie. Krew może czasem ze złości człowieka zalać. No, ale górę zdobyć się udało więc jest za co wypić.

Nie był to koniec nasze wyprawy ponieważ chłopaki chciały zdobyć jeszcze Grossvenedigera – 3666 m n.p.m., którego niestety ze względu na obtarte nogi musiałem sobie odpuścić. Zamiast szczytu mogłem przynajmniej schodzić okolicę wioski Hinterbichl, nasycić się widoczkami alpejskiej doliny i wysuszyć dwa piwa Gosser (duże, lane 2,7 euro) które smakowało wybornie. Chróst mam nadzieje przekazał pozdrowienia dla spływowiczów które mu w tym czasie wysłałem.

Odnośnie Grossvenedigera, to chłopaki doszli do schroniska Deffreggerhaus gdzie nocowali. W przeciwieństwie do Glocknera ludzi było bardzo mało, a schronisko miało otwartą tylko część zimową. Sam szczyt zdobyli następnego dnia (poniedziałek) i zeszli do parkingu Wiesenkreuz na wysokości 1484 m n.p.m. Po szybkim obiedzie udaliśmy się w drogę powrotną przez Lienz, Spittal a następnie autostradą na Salzburg (po drodze przejazd przez jeden z tuneli był płatny – 10 euro), Linz, Wiedeń, Brno i z powrotem do Rybnika, gdzie przesiadłem się do swojego auta i migiem do Krakowa żeby zdążyć do prac.


** zapraszamy do dyskusji oraz przejrzenia pozostałych zdjęć w temacie: Grossglockner by NocnyMarek [czerwiec 2oo7]
Zmieniony ( 12.09.2008. )
 
« poprzedni artykuł
Nasi Partnerzy:






Reklama