W pierwszej połowie października udaliśmy się na firmowe szkolenie do Lądka Zdroju. Jak wynikało z programu cała nasza ekipa została zakwaterowana w ośrodku Geovita. Jeden rzut okiem na mapę spowodował, że narodził się w nas (słownie dwóch) śmiały (niemal brawurowy) plan by pogodzić miłe z pożytecznym

. Wieczorem 11.10.2007r. w trakcie "uroczystej kolacji" postanowiliśmy udać się na pobliską Borówkową, by zdobyć tą mityczną górę i to w sytlu alpejskim (wielu znawców doradzało nam raczej metodę oblężniczą). O 22:00 czasu lokalnego w stylu angielskim opuściliśmy koleżanki i kolegów a następnie po przebraniu się z gangów w przypadkowo znalezione w naszych pokojach stroje regionalne

udaliśmy się ( 22:30 ) w drogę. Z Geovity rzutem pieszym pomaszerowaliśmy w górę ścieżką dydaktyczną przez Lutynię. Już za ośrodkiem weszliśmy w gęstą mgłę godną Londynu a nie Lądka. Okazało się, że czołówka m-ki CAMP (żarnik, nie halogen) mojego towarzysza okazała się bezradna, na szczęście moja TIKKA XP dawała radę. Przy okazji mogliśmy też docenić zalety GPS-a GARMIN SUMMIT. Niestety widoczność nie przekraczała IMHO 10 metrów. Na szczęście tuż przed zielonym szlakiem prowadzącym z Przełęczy Lądeckiej na Borówkową mgła ustąpiła. Z tego powodu atak szczytowy przez las nie pociągnął ofiar w ludziach i sprzęcie. Pod wieżą na Borówkowej zameldowaliśmy się ok. północy. Wieża na szczeście była otwarta i ogólnie dostępna. Z pewnością nadaje się na nocleg (masa miejsca na kamiennej posadzce wokół schodów). Po schodach weszliśmy na górę gdzie kubkiem mięty i kawałkiem białej milki godnie uczciliśmy nasz sukces ("...zasady zobowiązują..."). W tym momencie dzięki czeskiemu operatorowi mogliśmy też odpowiedzieć (wcześniej nie było czasu, albowiem szliśmy non-stop bez rozbijania obozów pośrednich) na sms-y naszych koleżanek i kolegów zaniepokojonych naszym zniknięciem. Po wykonaniu kilku zdjęć sygnalitycznych (wyłącznie dla celów dowodowych) wróciliśmy do Geovity. Ponownie przydał sie GPS, w gęstniejącej mgle mielibyśmy problem znaleźć miejsce, w których schodziliśmy z zielonego szlaku na ścieżkę dydaktyczną. Mgła była taka, że nie było widać tablicy z nazwą miejscowości "LUTYNIA" a światła ośrodka zauważyliśmy dopiero dochodząc do przyległego parkingu. Po godzinie 1 zameldowaliśmy się ponownie na szkoleniu

Muszę powiedzieć, że w tych warunkach (mgła, 2-5 stopni C) świetnie sprawdziły się SoftShelle - kurtka HiM Stormy Pass IV SL (pod nią koszulka oddychająca i polar 100) oraz spodnie Marmota. Doskonale odprowadzały pot a jednocześnie zapewniały "komfort cieplny" (żadnych kalesonów

). Szczególne podziękowania dla Petzla za TIKKĘ XP - bez niej nie znaleźlibyśmy nie tylko Borówkowej ale nawet kościoła w Lutyni.
ps. poniżej kilka marnych zdjęć ze szczytu (niżej z uwagi na mgłę nawet nie wyciągaliśmy aparatu) :
