Podróże
Polska i Świat
Kanada - kraina niedzwiedzi i YMCA | Kanada - kraina niedzwiedzi i YMCA |
|
|
| Redaktor: czaya | |
| 23.06.2009. | |
|
W ramach długo wyczekiwanej relacji z Chin, kończącej tryptyk Rosja-Mongolia-Chiny wrzucam krótką relację z ....Kanady ![]() Dane mi było gościć w tym jakże pięknym kraju na przełomie maja i czerwca przez 2 tygodnie. Już sam początek podniósł mi ciśnienie bowiem na lotnisku w Toronto gdzie miałem przesiadkę do Vancouver skierowano mnie do Immigration Office gdzie 20min czekałem w kolejce (złożonej z samych Polaków) a potem musiałem się tłumaczyć dlaczego zawitałem do Kanady. Jak już mnie ostatecznie z łaską wpuścili na ich ziemię miałem mniej więcej 10min na odnalezienie bagażu i bieg na samolot (co nie jest łatwe bo lotniska w Polsce a lotniska w innych krajach to 2 różne bajki ) Na szczęście pilot łaskawie poczekał na polaczka i mogłem ruszyć do Vancouver. Na miejscu złapałem transport do noclegowni, załatwiłem kilka spraw i mogłem rozpocząć zwiedzanie. Na początek info dla wybierających się w te strony - jeśli ktoś ma paszport biometryczny nie trzeba wizy, jeśli macie stary paszport - wiza będzie potrzebna (koszt chyba 300zł + jakieś bzdurne formalności - lepiej wyrobić paszport biometryczny). Sama British Columbia jest dość drogim regionem co jest podkreślane przez autochtonów na każdym kroku i co potwierdzam. Przez cały mój pobyt żywiłem się głównie sushi które jest tanie jak barszcz (ok 10$ kanadyjskich i macie 16 kawałków sushi + browar - przy rezygnacji z piwa cena spada o 3$). Cena hostelu to 30$ za dobę dla klubowiczów Hosteling International (każdy ISIC). Transport miejski to 2,5$ za przejazd (centrum Vancouver można zrobić piechotą, nie jest takie ogromne). A teraz do konkretów ![]() W samym Vancouver jest wiele atrakcji i choć nie jestem fanem zwiedzania miast to jednak tytuł "best place to live" zmusił mnie żeby się poszwędać trochę. I faktycznie warto. Na pierwszy ogień poszło North Vancouver i Capilano suspension bridge 130 metrowy most zawieszony 70 m nad rzeką Capilano. Wjazd do parku to 28$. Trafiłem tam na godzinę przed zamknięciem i generalnie musiałem ostro popierdzieliać żeby zobaczyć wszystko. Oprócz mostu jest jeszcze coś nazwanego Treetop Adventure czy coś takiego - system mostów łączących drzewa, zawieszonych kilkanaście metrów nad ziemią - taka zabawa w tarzana, tyle że w wersji De Lux ![]() A drzewa tam wielkie że ho ho Wieczorem zapodałem sobie sushi i położyłem się spać bo następnego dnia.... Wybrałem się na Sunshine Coast coby obadać jak kanadyjska brać jeździ na rowerach. Koszt promu to 8$, cena wynajęcia roweru (zacniejszego) 100$ za dobę. Ja wybrałem sobie Giant Anthem X0 w wersji "custom" (co oznacza że zmieniono jedynie widelec ze skoku 100mm na 120mm )Tras jest tam od nasrania, różne stopnie trudności, ja bawiłem się na tych dla średnio-zaawansowanych co i tak dało mi niezłego kopa adrenaliny. Wszystko jest ciekawie zrobione, dużo przeszkód i hopek, trasy bardzo zadbane. Generalnie przy Vancouver działa jakiś klub rowerowy który ma 140 członków zajmujących się utrzymywaniem i budowaniem nowych tras na Sunshine Coast. A trasy wyglądają tak : Tego ostatniego nie próbowałem ale to jest część trasy zbudowana na potrzeby filmu Kranked 6 - dla chętnych link (od 2 do 7 minuty śmigają po tej trasie) http://video.google.com/videoplay?docid=-4481451240747366964 Po całym dniu jeżdżenia moje dupsko powiedziało "jutro chill out day" . Cały kolejny dzień zajęło mi zwiedzanie Stanley Park - największego parku w Vancouver. Pętla wokół parku ma 9 mil, jest podzielona na deptak i drogę dla rowerzystów i rolkarzy. I tu ciekawe spostrzeżenie - wszyscy, bez wyjątku jeżdżą w kasku! W Polsce nie do pomyślenia. Park jest tuż przy zatoce więc ludzie sobie w przerwie na lunch przychodzą tutaj się poopalać i wypić kawę (kolejne spostrzeżenie - wszyscy chodzą z kubkiem kawy - jakby gdzieś to za darmo rozdawali ) . A to jest znaczek zimowej olimpiady z profilu : Kanada to kraj pełen dzikich zwierząt i nawet w takim mieście jak Vancouver nie dziwi szop na ścieżce w parku Każda ławka ma jakiś opis (pewnie jest możliwość wykupienia sobie ławki bo nie wygląda to na samowolę) Większość ławek to "in memory of..." ale zdarzały się też jakieś jajcarskie. W centrum parku znajduje się oceanarium (14$ wjazd dla studentów, 20$ normalny). A w środku gady, płazy, rekiny, kajmany, płaszczki i delfiny. Mi udało się załapać na pokaz umiejętności delfinów i muszę przyznać że robi to wrażenie. płaszczka emo : idealny prezent na dzień dziecka : popis delfinów : Wieczorem sushi i zwiedzanie Gas Town (najstarsza część miasta, nic ciekawego moim zdaniem) i China Town (stąd to wręcz uciekałem, tylu bezdomnych proszących o drobne + pijaczki - nie polecam). Następnego dnia udałem się do Whistler, małego miasteczka oddalonego o jakieś 90mil od VYR. Miałem jechać do Squamish ale niestety nie było żadnego taniego noclegu. I tu też uwaga - ceny pól namiotowych wypadają tak samo jak nocleg w hostelu. Miałem wprawdzie namiot i byłem przygotowany na biwak jednak rozmowy z tubylcami i info o miśkach zniechęciły mnie do tego pomysłu. Ponoć w samym Whistler notuje się rocznie kilkaset (!) spotkań niedzwiedzi na szlaku. Dodatkowo podchodzą one sobie na pola kampingowe i szukają jedzenia. Dlatego opcja hostelowa do mnie bardziej przemawiała. W Whistler znajduje się najładniejszy hostel z sieci HI w jakim mieszkalem - 10 m od jeziora, za jeziorem dwutysięczniki pokryte śniegiem, cisza, spokój tylko dobrej wódki brak ![]() Takie oto widoki były z werandy : W samym Whistler nie można się nudzić - właściwie można tam spędzić 3 tygodnie i codziennie robić coś innego. Jest spora ilość tras rowerowych do wyboru, są skałki w pobliżu gdzie można się powspinać, jest jezioro dla tych co się lubią byczyć no i są szlaki w górach. U mnie na pierwszy ogień poszły Ancient Cedars - dzięki uprzejmości poznanego rezydenta-argentyńczyka i jego mitsubishi pajero wjechaliśmy sobie na leśny parking niedaleko szlaku. Kolejne spostrzeżenie - moskity tną jeszcze mocniej niż nad Bajkałem - myślałem że to niemożliwe a jednak. Repelent daje ukojenie na 5 min, potem moskity się do niego przyzwyczajają i tną jak diabli! I krótka historyjka samochodowa - pajero w Argentynie oznacza tyle samo co "wanker" po angielsku dlatego w Argentynie mają Misubishi Shadow . Co do szlaku to nie było jakiś dużych przewyższeń (do podejścia jakieś 400m) za to sam cel - drzewa mające ok 2000lat - powalającyżeby oddać ogrom drzew z poprzedniego zdjęcia - mały czarno-pomarańczowy punkcik to ja ![]() plus gej-potoczek dla fanów ![]() A tu szyszka (większa niż z avatara Arkadoo) I na koniec polanka na którą podjechałem osobiście Pajero (lekko nie było bo to japończyk więc i kierownica nie z tej mańki) Kolejne dni mijały szybko i na luzie, z najciekawszych rzeczy zrobiłem część szlaku Rainbow Trail - niestety nie dało się przejść całego odcinka bo w pewnym momencie zabrakło mostu na rzece (a to była spora rzeczka , rzekłbym rwąca ). I jeszcze fakt że robiłem tę trasę sam, a z tego co mi pani w informacji turystycznej powiedziała (a co zostało potwierdzone potem przez ludzi z hostelu) trasa ta obfituje w ładne widoki oraz w liczne spotkania z niedzwiedziami Nawet mi miła pani zrobiła krótki kurs jak mam się zachowywać. Dlatego mam tylko kilka zdjęć z tej trasy (wrzucę jak będę w domu, teraz nie mam dostępu) bo co jakaś gałązka strzeliła za plecami to już myślałem że niedźwiedź . I dodatkowo mokry śnieg utrudniał podejście - baaardzo dupny śnieg. Po powrocie z Whistler jeszcze raz zrobiłem rundkę po Vancouver i zapakowałem się do samolotu do PL. Ogólnie Kanada jako kraj do zwiedzania jest mega ciekawa, tylko trzeba dysponować 2 rzeczami - czasem i gotówką. Czasem dlatego, że w każdym właściwie miejscu warto się zatrzymać na kilka dni i nasiąknąć atmosferą (dlatego nie pojechałem do parku narodowego Banff - bez sensu robić coś takiego na szybko - ale następnym razem...)A kasa to wiadomo - wszystko kosztuje, i to niemałe pieniądze. Bilet lotniczy to koszt jakiś 2200-2600zł, hostele (albo namiot - w podobnej cenie), nawet żarcie w sklepach jest droższe niż w restauracji (dlatego pewnie przyjęła się zasada wychodzenia na kolację do restauracji - bo jest taniej + szeroki wybór - chińszczyzna, tajskie żarcie , włoskie, japońskie itp). I ciekawe spostrzeżenie co do żarcia - kanadyjczycy nie są może tak grubi jak hamerykańce ale czekając w kolejce w mcdonalds (strefa niskich cen za 1.39$) słyszałem jak kobieta składa zamówienie - 2 ćwierćfunciaki (kto oglądał Pulp Fiction ten wie o co chodzi ), duże frytki, sałatka i cola - na co pani ekspedientka zapytała "Jaka?" - no i odpowiedź - "dietetyczna" . A co do samych kobiet - panowie, po żonę tam nie jedźcie w Polsce lepszy wybór Tyle na rozgrzewkę, wrażeń jest dużo, ale nieuporządkowane się po głowie walają więc jakby co to pytać. I dlaczego YMCA w tytule? Jak wrócę w piątek do domu to wstawię odpowiednie zdjęcie i wszystko będzie jasne ![]() ** zapraszamy do dyskusji na forum w temacie: Kanada - kraina niedzwiedzi i YMCA |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|