|
Dnia 21 listopada 2009 miała miejsce druga wyprawa na Castor w składzie Profesor i ja. W zasadzie Castora wybraliśmy w ostatnim momencie gdyż planowaliśmy wejście na Weissmies albo Alphubel. To miało być takie sobie zakończenie sezonu. Pogoda idealna (może trochę za bardzo wiało: 45–50 km na godzinę), dużo słońca i brak wcześniejszych opadów śniegu. Ponieważ akcja miała być weekendowa plan zakładał jak poprzednio wyjazd kolejką na Klein Matterhorn, szczyt Castora, dojście do schronu na nocleg, a rano powrót do domu. Już po pierwszych metrach zorientowaliśmy się że, faktycznie śniegu spadło bardzo mało, gdyż krajobraz niewiele się zmienił od naszej ostatniej „wizyty” w sierpniu. Pierwsze kroki na lodowcu Grande Ghiacciao di Verra po przejściu Breithorn plateau... Profesor decyduje się być „mięsem” idzie pierwszy, pełne skupienie, każdy krok stawiamy ostrożnie, od czasu do czasu badając powierzchnię końcem dziaby (brak śladów poprzedników zmusza do większej koncentracji). Przemknęło mi przez myśl, że w tym tempie nie dojdziemy nawet do schronu, który mieliśmy mijać po drodze na szczyt. Nie wiem czemu ale pomyślałem że idziemy prosto w sieć „pająka”, jeszcze widać czubek koła wyciągu na Gobba di Rollin... kolejny krok... Nagle czuję, że lecę w dół – zduszony krzyk, zaledwie próba utrzymania się... Jakaś olbrzymia siła wyrywa mi z rąk dziabę z rękawiczkami... i widzę tylko te ogromne sople przesuwające się przed oczami... Wreszcie szarpnięcie podrywa mnie do góry, wiszę nieruchomo nie wiedząc czy to już koniec tej „jazdy”. Tymczasem na górze trwała walka, Profesor, którego siła upadku ścięła z nóg, po kilku metrach ślizgu po śniegu zdołał wreszcie wbić dziabę wyhamowując upadek prawie na krawędzi szczeliny. Nie mogąc zdjąć plecaka poprzecinał jego pasy, sprawnie założył zabezpieczenie (dodatkowa dziaba, prusiki, śruby lodowe, dead man i co tam jeszcze mógł) i zadzwonił po pomoc. Nie wiemy jeszcze, jak to się stało (przeanalizujemy to w najbliższych dniach), ale nie był w stanie sam mnie wyciągnąć. Ja również nie mogłem sam się wydostać, bo nie znałem sytuacji na górze (jak pewne jest „oparcie”). Brak zasięgu w komórce, a inaczej nie mogliśmy się porozumieć (nie słyszeliśmy się). Szczelina miała „na oko” 20-25 metrów głębokości i ok 40 metrów długości (pode mną znajdował się spory jęzor lodu ale pod nim i po bokach ciemno i pusto). Wnętrze przypominało środek dzwonu obwieszony wielkimi soplami. Śmigło przyleciało po 10 minutach od zdarzenia. Ratownicy szybko rozstawili rodzaj trójnoga i po moim potwierdzeniu, że wszystko ok spuścili mi linę, którą przypiąłem do uprzęży. Do akcji wkroczyła wiertarka firmy Hilti (kupujcie sprzęt Hilti! ) i po dłuższej chwili wyciągnięto mnie na powierzchnię. Po podziękowaniach, korciło mnie i zapytałem: czy i gdzie popełniliśmy błąd – „nie jesteście pierwsi i ostatni, którzy wpadli do dziury” brzmiała odpowiedź... No cóż dobre i to na przemyślenia! Na koniec jeszcze widokowy przelot „prawie” nad naszym celem - Castorem, lot koło Tobleronka i już po chwili lądujemy w Zermatt. Karetka zawiozła nas na dworzec, skąd wróciliśmy do domu... Dużo się nauczyliśmy, mamy odpowiedzi na pytania, które wcześniej sobie stawialiśmy. Mamy też kilka własnych przemyśleń co do tego, jak skonfigurować i rozmieścić szpej by był łatwiej dostępny w takich sytuacjach... No i pokora Panowie i Panie, pokora – jak to mówią w górach jesteśmy tylko gośćmi i góry łatwo biorą... wszystko. Poniżej kilka fotek z „akcji” (zdjęcia zrobiono dopiero podczas mojego wyciągania).
Szczelina

Ratownik i wiertarka Hilti w akcji...

Na powierzchnię...

Nasz wciąż niezdobyty Castor...

Lot

I takie dwa widoczki Tobleronka


**Zapraszamy do dyskusji na forum Szczelina - ku przestrodze (Castor IIga próba) |