|
Przy okazji dysputy nt. padających lasów w Beskidach przypomniałam sobie pewną wycieczkę...
...przez Beskid Śląski, Żywiecki, Makowski a nawet Wyspowy. Samotnie. Była to najsmutniejsza (względy osobiste, o których pozwolę sobie milczeć), ale i jedna z piękniejszych eskapad, jakie sobie - że się tak komercyjnie wyrażę - zafundowałam... Jak zwykle w czasie planowania urlopu pojawił się problem wyboru obszaru tułaczki. Postawiłam akurat na wspomnianą część polskich gór i pagór z prostej i dla mnie ważnej przyczyny - otóż były to wówczas jedyne nasze pasma, których nie znałam. Zdecydowałam się na trasę mało oryginalną wybierając szlaki i schroniska, których po prostu nie wypada pominąć. Wędrówka trwała dwa lipcowe tygodnie.
Beskid Śląski przywitał mnie deszczem, chłodem i mgłą. Zaczęłam, jak większość wędrujących przez Beskidy, w Ustroniu. Na początek wybrałam szlak żółty prowadzący na Czantorię Małą, a następnie czarny, który na szczycie Wielkiej Czantorii łączy się z Głównym Beskidzkim towarzyszącym mi przez dwa kolejne dni.

Dzięki "sprzyjającej" aurze na tym krótkim odcinku było mi dane zaobserwować aż cztery salamandry plamiste. Pierwszą noc spędziłam w schronisku na Stożku. Tak się profesjonalnie spakowałam, że musiałam wysuszyć właściwie wszystko. W 6-osobowym pokoju zajęłam wszystkie łóżka .
Następnego dnia pogoda bez zmian. Zresztą tak samo jak jeszcze i jeszcze następnego . Droga mimo wszystko piękna. Zresztą ja bardzo lubię, gdy jest mgliście i dżdżyście. Oczywiście wszyscy rozumieją, że mgła jest twórcą najbardziej magicznego z górskich nastrojów. Człowiek w niej zamknięty, a przede wszystkim człowiek samotny, zawsze się wówczas modli, medytuje, kontempluje, rozważa. Niezależnie od przekonań religijnych lub nawet ich braku, stan ten pojawia się zawsze, gdy podczas wędrówki nadchodzi mgła. Szłam bardzo wolno. Od czasu do czasu jednak pędziłam na złamanie karku, gdyż grzmiało, a burzy boję się jak cholera jasna. Bardzo, bardzo, bardzo. Bardziej niż rozsądek wszelki. Burza oraz odgłosy z lasu, które naturalnie wydaje wyłącznie niedźwiedź, to niemal jedyne czynniki, które pokazują jak prędko jestem w stanie iść . Gdy grzmoty się oddalają okazuje się jak bardzo jestem "wykończona" i jak bardzo nieosiągalna jest choćby połowa niedawnej prędkości . Nocuję w Pietraszonce, chatce studenckiej, rekomendowanej przez moją dobrą znajomą. Budynek rzeczywiście uroczy, ale klimat na kolana mnie nie powalił.

Następnego dnia wstałam o piątej, spakowałam się i zaczekałam do 9:00 na odbiór dowodu osobistego . Trasa na dziś to Skrzyczne przez Baranią. Początkowo nawet słonecznie jest, ale bardzo szybko się to zmienia i jeszcze przed Przysłopem znów mam głowę w chmurach.

Na Baraniej postanawiam zbagatelizować ostrzeżenia o wiatrołomach na szlaku, którym zamierzam się przejść. Zależy mi na tej trasie, bo opętał mnie projekt wylansowany przez miesięcznik "Poznaj swój kraj" pt. "Korona Gór Polski", do której należy Skrzyczne. Wlazłam więc w to drewniane bagno i utknęłam na pół dnia. Drzewa były powywracane na wszystkie strony. Totalny bezład. Widocznie wiatr jest bałaganiarzem. Mogę tylko powiedzieć, że przełażenie z ciężkim plecakiem zarówno pod jak i nad pniem zalegającym metr trzydzieści nad glebą jest jednakowo trudne. Jak wspomniałam w leśnym wątku, odcinek, który normalnie pokonuje się w pół godziny mi zajął cztery i pół . Pod koniec byłam już mocno wydygana, bo nadciągnęła burza, a ja w środku tej pułapki. Czasem warto posłuchać ostrzeżeń.


W okolicy Magurki Wiślańskiej zabawa z labiryntem się skończyła. Ale burza trwała więc na Skrzyczne śmignęłam jak błyskawica. Psychicznie i fizycznie skonana wynajęłam pokój z tv i prysznicem , a następnego dnia postanowiłam uciec z Beskidu Śląskiego pociągiem do Zwardonia. Beskid Żywiecki okazał się bardziej gościnny. Słonecznie było. I żadnych gromów z jasnego nieba.


Obrałam kierunek ku Wielkiej Raczy, ale początkowo nie zamierzałam na niej spać. Przede wszystkim dlatego, że ze Zwardonia wyszłam koło 13:00 lub dalej nawet. Wymyśliłam, że będę szła póki nie znajdę odpowiedniego miejsca na biwak (bo ja wciąż na grzbiecie targam namiot ). Odpowiedniego tzn. budzącego zaufanie - sama do końca nie wiem co to znaczy. W każdym razie po 22:00 dotarłam na Wielką Raczę z zamiarem zanocowania w schronisku , do którego jednak nie zostałam wpuszczona . Poszłam więc spać w altanie pograniczników.

Wstałam o jakiejś chorej godzinie i poszłam dalej. Dalej czyli na Rycerzową z przerwą na Przegibku. A tempo było ślimacze.



Na Rycerzowej w końcu wykorzystałam namiot. Legendarne schronisko zrobiło na mnie dobre wrażenie. Zresztą jak cały Worek Raczański. Później wracałam tam wielokrotnie. Dalej wędrówka prowadziła na Krawców Wierch przez Soblówkę i Glinkę. Po drodze w lesie napotkałam interesujący obiekt zawieszony na drzewie za krocze...
 Przyjrzyjcie się co na udzie naskrobano 
W Soblówce u podnóży Smrekowa Wielkiego stoi dom Państwa Stępień, którzy zaprosili mnie na herbatę, żeby przeczekać kolejną burzę, która straszyła, że nadejdzie, ale nie zrobiła tego. Przespałam się w namiocie przed Krawcowym, który odwiedziłam następnego dnia.
Zjadłam cudboskie danie wegetariańskie legendarnego Szymona, ale nazwy już nie pamiętam, i poszłam w stronę Pilska. Trasa była długa, ale przyjemna. Nareszcie pogoda mnie nie ścigała. W recepcji schroniska na Miziowej zostawiłam plecak i na lekko wdrapałam się na Pilsko obserwując jednocześnie szalonych, którzy tam wbiegali ścigając się zresztą. Na nocleg wybrałam Bazę Namiotową na Hali Górowej. Sympatyczna całkiem atmosfera sprawiła, że zostałam tam dwie noce chyba. A nie pamiętam, bo sporo czasu minęło, a nie dlatego, że było miło . Pokręciłam się po Korbelowie i ruszyłam dalej granicznym ku Babiej Górze.
Trasę tę zrobiłam w jeden dzień z powodu zasłyszanych plotek o załamaniu pogody w następnych dniach. Prognoza sprawdziła się. Na Małej Babiej poznałam dwóch typów ze Śląska, z których jeden po jakimś czasie został mężem mojej bardzo dobrej znajomej. Taki mój osobisty sukcesik . Ponieważ towarzystwo okazało się wyjątkowo ciekawe, a jednocześnie miało dar przekonywania postanowiłam zrezygnować z odcinka Babia-Krowiarki na rzecz imprezy w Zawoi. Z Małej Babiej już razem zeszliśmy na Bronę, potem weszliśmy na Dużą, choć chłopaki właśnie z niej wracali, potem znów Brona, Markowe Szczawiny i piwo i w końcu Zawoja a tam Dziadek. Dziadek wynajmował im kwaterę, za którą zapłacili z góry za tydzień. Chciał od nich kasę za cztery osoby, gdyż było to dla niego jasne jak słońce, że będą sobie sprowadzać , ale nie dali się oskubać. I wtedy pojawiłam się ja. Grubo po 22-giej z prośbą o pokój. Pan Dziadek nie zapalił światła, a zanim otworzył drzwi najpierw otworzył okno. Ale zanim je otworzył poświecił mi w twarz latarką. Z wielkiej łaski zgodził się wynająć mi pokój, ale drożej i dwa piętra wyżej niż chłopaki, gdyż wiadomo co będziemy tam robić . Z rana przyszedł do mojego pokoju i przeprosił za swoje zachowanie. W ramach usprawiedliwienia poinformował mnie, że żona już dawno nie żyje a jemu wciąż się chce. Wyszliśmy w tak zwane miasto a po powrocie około południa okazało się, że mój pokój jest zamknięty a plecak schowany w jakiejś komórce i go nie mogę dostać z powrotem. Już nie pamiętam dlaczego. Niemniej wpadłam w szał, zrobiłam awanturę stulecia, zabrałam graty i poszłam. Chłopaki ulokowali mnie w rodzinnym domu swojej przyjaciółki, z którą kolejnej nocy spałam w jednym łóżku . Sami zaś spali w samochodzie, gdyż Dziadek nie wpuścił ich do domu, pomimo tego, że mieli tam swoje rzeczy, a noclegi opłacone. Jeśli ktoś lubi przygody to podam namiary na ten uroczy pensjonacik . Mimo wszystko pobyt w Zawoi był udany.
Po jakimś czasie jednak trzeba było się zebrać i pójść dalej. Dalej czyli ku Luboniowi przez Pasmo Polic, Jordanów i różne takie. Po drodze obowiązkowe jagody na Krupowej i nocleg w wieloosobowej sali pełnej różnych dziwolągów. Przed snem gadaliśmy o górach, każdy jakieś polecał. Grupa ze Śląska zachwalała Tarnowskie Góry  Kolejnego dnia tuż przed Luboniem Wielkim, na którym zamierzałam spać otrzymałam wiadomość od nieznajomej blond piękności, że już do mnie jedzie . Właściwie była to zapoznana w zawojańskiej karczmie autostopowiczka, która zadeklarowała chęć przyłączenia się do wycieczki. Zgodziłam się, dałam nr tel. i zapomniałam . Skoro jednak nadjeżdżała to zeszłam z Lubonia na Przeł. Glisne. Spotkanie nastąpiło po zmroku. Rozbiłyśmy namiot, w którym spałyśmy pod jednym śpiworem, gdyż koleżanka miała jedynie karimatę, mgiełkę do twarzy oraz nektarynki.
Kolejny dzień, już ostatni, początkowo miał prowadzić w stronę Lubomira, ale na Szczeblu rosło tyle prawdziwków, że nas spowolniły. Nazbierałyśmy ich całą siatkę i pojechałyśmy a-stopem do Wadowic na rynek w celu przyrządzenia jajecznicy na borowikach. Pomagali nam w tym poznani na Małej Babiej Ślunzoki.  **Zapraszamy do dyskusji na forum w temacie: Beskidzka retrospekcja - lipiec 2005 |