Dnia 29 maja ekipa Tychowska postanowiła zmierzyć się z jednym z alpejskich szczytów Reichspitze(3309 m npm).
Po krótkiej informacji od Kardiego postanowiłem dołączyć do ekipy . Ten dość dziwny szczyt roztaczał aurę niedostępności i powodował odczucie jakiegoś złego fatum.
To była już trzecia próba wyjazdu i mieliśmy nadzieję iż tym razem wszystko przebiegnie pomyślnie.
Około godziny 20 zapakowaliśmy się do bryki Kajkowa i wyruszyliśmy w 12 godzinną podróż do Mayrhofen.
Trochę błądzenia i dotarliśmy na miejsce. Dolina Zillertal przywitała nas śniegiem , mgłą i wiatrem.


tak dla informacji : warto pojechać na noc gdyż wcześnie rano uda nam się wjechać na drogę płatną która zaprowadzi nas prawie pod samą tamę ( o obowiązku dokonania opłaty dowiedzieliśmy się wyjeżdżając z drogi , a opieszałość babeczki w budce pozwoliła nam zaoszczędzić ileś tam euro) . Warto jednak pojechać tą drogą bo oszczędzi nam około10 km marszu.
Po sutym śniadanku około 9 ruszyliśmy w kierunku schroniska Plauener Hütte (2373 m), Oczywiście jak to Polak ma w zwyczaju skróciliśmy sobie drogę przechodząc przez kilkusetmetrowy tunel transportowy prowadzący w kierunku tamy ( prawdopodobnie nielegalnie).

Krótki postój na tamie i dawaj po górę do schroniska.




W planach mieliśmy dojście pod lodowiec i rozbicie się w 2 namiotach . Po dojściu do schroniska jak zwykle niezastąpiony Kajkow znalazł wejście do zimowego schronu.Gdy naszym oczom ukazał się luksusowy pokoik z łóżeczkami, kocykami , piecykiem i całą kupą drewna , nasze plany uległy drastycznej zmianie.

Resztę dnia poświęciliśmy na gotowanie , a około 16 nagle chmury zniknęły i pokazało się słońce co pozwoliło nam podziwiać widoki


W związku że nocleg wypadł duże wcześniej niż planowaliśmy , postanowiliśmy wyjść na szczyt bardzo wcześnie nadrabiając tym odległość do lodowca.
Pobudka o 2 w nocy ,szybkie pakowanko i dalej pod lodowiec . Ładne rozgwieżdżone niebo nie zapowiadało brzydkiej pogody , a temperatura około 0 dawała miłe uczucie chłodu.
No niestety limit bonusów się wyczerpał . Chwila błądzenia w mroku ,sugerując się wskazaniami GPS-u udało nam się jakoś znaleźć drogę . Ślad szlaku na GPs-e dochodził jedynie do 2/3 drogi do lodowca i właśnie w tym miejscu pogoda sprawiła psikusa zasnuwając wszystko gęstą mgłą .Ogarnęła nas lekka irytacja gdyż teren nie należał do najłatwiejszych , a brak znajomości tego miejsca nastręczał pewnych obaw, jednak postanowiliśmy spróbować . Kierując się jedynie mapą z GPS-u udało nam się dotrzeć pod lodowiec, a z powodu dość głębokiego śniegu zajęło nam to więcej niż planowaliśmy czasu. Związaliśmy się liną i ruszyliśmy na lodowiec zmieniając się co jakiś czas przy torowaniu gdyż śnieg był do kolan , a miejscami nawet do pasa. 800 m podejścia w stromym i śnieżnym terenie , praktycznie po omacku, trochę nadwątliło nasze siły , ale około 9 z groszami udało nam się stanąć na grani szczytowej i w końcu ujrzeć cel naszej wyprawy.

Przed nami z mgły przebijało słońce odkrywając 90 m stromego podejścia po oblodzonych i ośnieżonych kamieniach.
Uzupełniwszy płyny w organizmie ruszyliśmy na szczyt, nie da się ukryć iż obawy o zejście były dość widoczne wśród uczestników .
Spoceni i zmęczeni pokonywaliśmy ostatnie metry ślizgając rakami po kamieniach pokrytych cienką warstwą śniegu ,czepiając się każdej szczeliny .Punkt 10 stanęliśmy na szczycie. Poświęcając kilkanaście minut na podziwianie widoków, ciepłą herbatkę i batonika nie bez obaw myśleliśmy o zejściu

Kiedyś w końcu trzeba zejść. Tak więc z najwyższą ostrożnością przy wzajemnej asekuracji i cały czas towarzyszącym strachu udało nam się pokonać ten stromy odcinek .

w tym najmniej oczekiwanym momencie chmury zniknęły , a słońce zalało nas żarem , typowa lampa. Całe szczęście że na zejściu bo nie wyobrażam sobie tego podejścia w takim słońcu. Uciekając przed promieniami pędziliśmy na dół ile sił w nogach .


O 14 zameldowaliśmy się w schronie i wyczerpani udaliśmy się na krótką drzemkę. Potem kąpiel w śniegu i żarełko . Tak przesiedzieliśmy resztę dnia podziwiając widoki , opalając się , rzucając śnieżkami i lepiąc bałwana .


Ranek następnego dnia przywitał nas mrozem i ładną pogodą, słońce zalewało góry ,w oddali piękne wierzchołki innych pewnie równie atrakcyjnych szczytów. Ach jak żal opuszczać to miejsce.

3 godzinki na dół i 12 do domciu.
Jaco.