Krym 2009
Redaktor: renko   
07.07.2010.

Wyprawa na Krym zaczęła się dla mnie dość wariacko Uśmiech Całość była kontrpropozycją kumpla, którego chciałem zwerbować do wyprawy do Bułgarii. Przedstawił sensowne argumenty i, wraz z moją dziewczyną, zdecydowaliśmy się na podłączenie do wstępnie uformowanej ekipy. W międzyczasie okazało się, że mam rodzinę we Lwowie, co ułatwiło kupno biletów wcześniej i załatwienie noclegu po drodze. Potem już tylko ostatni egzamin 26.06.2009 i następnego dnia już siedzieliśmy w pociągu relacji Gdynia- Przemyśl. Potem standardowo bus do Medyki i marszrutka dalej. Po dobie od wyjazdu zawitaliśmy we Lwowie. Szybko się ogarnęliśmy, zainstalowaliśmy w wielce sensownych warunkach w domu wujostwa i ruszyliśmy na obchód po mieście. Jakoś się do zwiedzania nie przykładałem, bo wiedziałem, że będę miał jeszcze okazję zrobić to na spokojnie. Ale o tym później… Po noclegu, południowym pociągiem ruszyliśmy prosto do Symferopola. Ah… Ukraińskie koleje- po prostu masakra. Najwygodniejsza podróż mojego życia. Jazda plackartą to czysta przyjemność- piwko się leje, atmosfera wyluzowana maksymalnie, bezstresowy i wygodny nocleg, ciepłe żarełko od babuszek. Co prawda trochę śmierdzi człowiekiem, okna się nie otwierają i we wnętrzu jest ze 40*C, ale przecież to taki folklor Chichot Tego trzeba doświadczyć na własnej skórze po prostu.

W Symferopolu nie zabawiliśmy długo. Ot tyle, żeby spróbować czeburieków i się w nich zakochać. Dla niezorientowanych: czeburiek to taki placek z farszem mięsnym/serowym w kształcie jakby pieroga, smażony w głębokim oleju i miażdżący  walorami smakowymi. Generalnie jak zacząłem je tam pałaszować, to nie skończyłem do końca wyprawy Chichot Bo założenia miałem dwa: próbować lokalnych potraw, pić lokalne piwo. Myślę, że plan wykonałem w 110% Chichot Stamtąd elektriczką przenieśliśmy się do Bakczysaraju. Szybkie zakupy i pierwszy szok. Z wypakowanym koszykiem staję przy kasie, sprzedawczyni podlicza wszystko, szybkie przeliczenie na złotówki przy pomocy bioprocesora i odruchowo banan ląduje na mojej twarzy. Bo właśnie zrobiłem zakupy na 3 dni. Za dychę. I to na bogato Chichot Zaczynało się robić późno, więc wyszliśmy za miasteczko, wdrapaliśmy się na mały płaskowyż i rozbiliśmy pierwsze obozowisko. O świcie obudził nas upał. Smażyło tak, że wynieśliśmy się z namiotów i ruszyliśmy dalej. Zwiedziliśmy pałac chanów w Bakczysaraju, a potem rozpoczęliśmy pętlę po okolicznych skalnych miastach. Na pierwszy ogień poszło Czufut Kale, a po drodze zahaczyliśmy o malowniczy Monastyr Uspieński- cerkiew wykuta w skale, taki pocztówkowy klasyk, który oczywiście też musiałem pstryknąć Język


Uspieński Monastyr.

Po drodze do skalnego miasta pogoda zaczęła się łamać i lunęło.


Czufut Kale- widok z jaskini na miejsce pierwszego obozowiska.


Czufut Kale

Nic to jednak dla zdeterminowanych Polaków. W jaskiniach przeczekaliśmy nawałnicę i uderzyliśmy szlakiem do drugiego z okolicznych miast- Tepe Kermen. Drepcząc po szlaku spotkaliśmy jednego leśniczego w dwóch osobach. Hm…. Dwóch kolesi, którzy byli jednym leśnikiem. Hmm… W sensie, że mieli jeden mundur i jeden etat. Jeden miał bose stopy, szorty marki Adidas, mundurową kurtkę i takąż czapkę. Drugi oficerki,  spodnie i siatkowy podkoszulek. Wiało od nich autorytetem i paliwem rakietowym, czy inną gorzałką. W każdym razie posiłkując się jakże uniwersalnym i zrozumiałym (nawet dla nierosyjskojęzycznych) przerywnikiem ‘’Adin choj’’ wytłumaczyli nam, że na szlaku jest błota po same jajca i wytłumaczyli jak to bagno ominąć lasem. Po kilku kilometrach doszliśmy do Tepe Kermen. To już miejscówka zupełnie inna niż poprzednie miasto- nieobstawiona budkami bileterek i wybrukowanymi chodnikami. Wdrapać trzeba się do niej wąską leśną ścieżynką, walcząc z komarami innym robactwem. Ale widoki z jaskini to całkiem nieźle rekompensują. Zaczęło się ściemniać, więc znaleźliśmy w miarę sensowne miejsce i zanocowaliśmy ok. 2 km dalej. Miejscówka rano okazała się być jakąś zasyfioną łąką czy innym wysypiskiem, ale kto by się tym przejmował Mrugnięcie W każdym razie zamknęliśmy pętlę w Bakczysaraju, tam złapaliśmy marszrutkę i uderzyliśmy do Mangup Kale.


Jezioro u podnóża Mangup Kale, widok w przeciwnym kierunku.


Widok z Mangup Kale.


Widok z Mangup Kale.


Widok z Mangup Kale.

To skalne miasto najbardziej chyba znane, bo wpisane na listę UNESCO. I, również moim zdaniem, najciekawsze z trzech, które zwiedziliśmy. Zostawiliśmy więc plecaki u Tatara pod wzgórzem, na szczycie którego jest miasto (wskazówka: umawiając się z Tatarem na przechowanie, trzeba mu uświadomić, że może plecaki przykryć jakąś płachtą w razie jakby co. Choć przynajmniej mieliśmy okazję do  przewietrzenia na słoneczku wnętrz tobołów Język). W połowie drogi znowu dopadła nas konkretna ulewa. I znowu 1,5 godziny w jaskini. Po zejściu, podbudowani widokami, postanowiliśmy podbudować się porządnym obiadem- oczywiście czeburiekami! Tym razem w połączeniu z lokalnym winem arbuzowym- i znowu zaliczyłem opad szczęki… Towarzystwo rozmiękczone, a plaża Kozachskaja Buchta w Sewastopolu na zdjęciu w przewodniku wyglądała niezwykle kusząco. Szybkie targi z marszruciarzami i po godzinie staliśmy pośrodku niczego, ale na brzegu morza. Szybki wywiad z opalającym się taksiarzem (który jak się okazało nim nie był, ale tabliczka TAXI na mercedesie beczce ułatwiała mu parkowanie w centrum miasta i omijanie kontroli milicyjnych) obraliśmy kurs na jakieś wojskowe zabudowania widoczne ok. 2 km dalej.


Sewastopol- okolice Kozackiej Buchty- gdzieś na zachodnich na przedmieściach.

Minęliśmy bokiem podwójne zasieki i podreptaliśmy na wielką łąkę porytą gąsienicami i oponami. Może i to był jakiś poligon… Ale było cicho, nikt nie szczekał i nie strzelał, wino arbuzowe działało, więc tam właśnie się zainstalowaliśmy z namiotami. Zresztą po drodze minęliśmy kilka par, które pojechały tam na figo fago, więc raczej teren był sprawdzony. Pobudkę tym razem zasponsorowały klaksony przepływających nieopodal statków i zachrypnięte głosy ich dowódców, wrzeszczących na załogę przez szczekacze.


Sewastopol- okolice Kozackiej Buchty- gdzieś na zachodnich na przedmieściach.

Poranny prysznic w morzu i zaczęliśmy dzień pt. bajobongo. Uderzyliśmy na piękną plażę, którą minęliśmy dzień wcześniej. W zeszłym roku strasznie wkręciłem się w snorkelling, więc tym razem miałem ze sobą rurkę i maskę (mimo, że się wszyscy nabijali ze zbędnego balastu). Generalnie woda czyściutka, dno kamieniste, pełno ryb- warunki idealne. Po odpoczynku na plaży, trzeba się było ruszyć dalej. Ale zanim do tego doszło, musieliśmy przejechać przez praktycznie cały Sewastopol. Miasto spodobało się nam zza szyb rozklekotanych trolejbusów do tego stopnia, że padła propozycja zwiedzenia go dnia następnego. Tak też zrobiliśmy. Z opcją noclegu na campingu. Sewastopol zdecydowanie nie zawodzi Uśmiech Potem naszła nas ochota na Wielki Kanion w Sokolinoje.


Wielki Kanion- sam początek, jeszcze w okolicach Sokolinoje.

Generalnie kanionem poprowadzony jest lajtowy szlak, prowadzący do Wanny Młodości- oczka wodnego na końcu. Tu przewodnik Bezdroży sugeruje możliwość pójścia w górę korytem strumienia, który wysycha w lecie. Trasa miała zająć max 3 godziny i kończyć się polanką idealną na nocleg. Ekhm… W międzyczasie lunęło, wapienne skały upodobniły się do ślizgawki. Strumyk był nie do końca wyschnięty i trzeba było brodzić po pas w lodowatej wodzie. W każdym razie nocleg w pięciogwiazdkowych warunkach toto nie był- na kamiennym dnie kanionu, w wilgoci i chłodzie, bo zastała nas noc. Ale to nie koniec niespodzianek, których nam dostarczył. Bo kanion się w końcu, po 8 godzinach wędrówki, skończył. I zaczął się szlak. Tylko jego numeryczne oznaczenie nijak miało się do mapy, którą kupiliśmy na miejscu. Poszliśmy jednak zgodnie z jego przebiegiem, a nie cyferkami. Nawet było nieźle, ale doszliśmy w pewnym momencie do skrzyżowania i tu symbole szlaków to już była totalnie inna bajka. Wybraliśmy jeden, który po kilku km się urwał. Zatem powrót na skrzyżowanie. Woda się kończyła. Już mieliśmy wracać 600 m w dół, do kanionu po wodę, na nocleg i rano wypróbować drugą trasę. I wtedy nadeszła odsiecz. Usłyszeliśmy głosy dwóch ukraińskich turystów. Opaleni, wyżyłowani na maksa- istne maszyny do zabijania. Rozmawiali sobie wesoło, truchtając z 80l worami na plecach. Tak… TRUCHTAJĄC. Zaliczyliśmy zbiorowy szok, ale zdążyliśmy ich wypytać. Wytłumaczyli, że oznaczenia szlaków się zmieniły w zeszłym roku. Powiedzieli gdzie iść, nawet pokazali źródło okoliczne. ‘’Nu: lewo, prawo, lewo, prosto, prosto, (…), w prawo, lewo, prawo, lewo i jest. Panimajesz?’’ ‘’Yyyyy…” Rzucił więc toboł i zaprowadził mnie i kumpla. Ale jak się odciążył, to trucht pod górę zamienił w szybszy trucht (czyt. sprint). Z językami w okolicach kostek dowlekliśmy się jakoś, nabraliśmy zapas i wróciliśmy do ekipy na nocleg. Kolejny dzień przyniósł olbrzymią zmianę. Przede wszystkim, mieliśmy dość lasu. Ale po czasie weszliśmy na szlak - istną autostradę na płaskowyż Aj Petri.


Jajła Aj Petri.


Jajła Aj Petri.

Ruszyliśmy o świcie, żeby jak dotrzeć jak najdalej przed południowymi upałami. O 10 raczyliśmy się już szaszłykami i lodowatym piwem w tatarskiej wiosce u podnóża góry. Morale wzrastało od momentu wyjścia spomiędzy drzew, ale po śniadaniu osiągnęło zenit. Na Aj Petri niemalże wbiegliśmy wzorem poznanych dzień wcześniej robocopów Chichot


Widoki z podejścia na wierzchołek Aj Petri (w dole Jałta)


Widoki z podejścia na wierzchołek Aj Petri (w dole Jałta)


Widoki z podejścia na wierzchołek Aj Petri (w dole Jałta)


Aj Petri.

Stamtąd błyskawiczny (sic! Marszruciarze na stu metrach przed kolejnym zakrętem potrafią rozpędzić się do 70 km/h, zarzucając tyłem busa wejść w zakręt i zwieźć pasażerów w 20 minut, zapewniając wrażenia rodem z rollercostera) zjazd do Jałty, która nie powaliła. Ocieka ruską kasą, wszechobecnym lansem i drożyzną. Także nic dziwnego, że po godzince się zawinęliśmy  z tego  babilońskiego siedliska Język Autobusem do Ałuszty i dalej, do Sudaku. Tam dwa noclegi na kwaterze i zwiedzanie Twierdzy Sudak, która robi w niemalże 40 stopniowym upale niesamowite wrażenie oraz rezerwatu przyrody w Nowym Świecie. Przez rezerwat, brzegiem morza biegnie lajtowa ścieżka. Robi się ją w kąpielówkach i japonkach.  A to po to, żeby wskoczyć do wody, gdy nas najdzie ochota. Nas oczywiście nachodziła:D.


Rezerwat w Nowym Świecie.


Rezerwat w Nowym Świecie.

W Sudaku jest coś w rodzaju sopockiego Monciaka- taka promenada przebiegająca wzdłuż miasta. A wokół targi i miliony stoisk z żarciem. Bajka po prostu Chichot. Po drugim z rzędu burżujskim noclegu trzeba było powoli zacząć myśleć o powrocie. Z Ałuszty do Symferopola kursuje znana ze swojej długości linia trolejbusowa. Wehikuł wygląda, jakby miał się rozlecieć na pierwszym zakręcie, czyli na ukraińskie warunki to całkiem szykowne wozidełko. Sprawnie drapał się pod górę, gdzie wyskoczyliśmy na ostatni nocleg w turbazie na Przełęczy Angarskiej. Tam planowaliśmy zaobozować, wchodząc uprzednio na masyw Czatyr Dachu.

Już bez plecaków zaczęliśmy spacer, decydując się po drodze na Niższy Czatyrdach i ewentualnie jaskinie na górze. Pogoda miała jednak inne plany. Gdy tylko postawiliśmy stopy na masywie, rozpętała się burza. Problemem okazało się zejście z masywu, bo na górę prowadziła bardzo stroma błotnista ścieżka. Wybraliśmy zatem (a w zasadzie to ona wybrała) opcję zjazdu pośladkowego. Na dole, przy podczas rozbijania obozu usłyszeliśmy jakieś znajome bluzgi i znajomą gadkę. Grupa Polaków akurat schodziła z drugiego masywu. Przemoczeni byli jeszcze bardziej od nas, bo dopadło ich dalej od krawędzi. W każdym razie zrobiliśmy użytek z kupionej wcześniej kiełbachy, piw i uzbieranego chrustu. Ognisko pożegnalne musi być. Potem powrót do Symferopola, zakupy na podróż i kolejne 25 godzin w plackarcie.

We Lwowie ekipa się rozpadała. Reszta pojechała do Trójmiasta różnymi metodami, a ja z moją Beatą zostaliśmy jeszcze na 4 dni w mieście. Moim zdaniem to aż za dużo na naprawdę porządne zwiedzenie miasta, które mi osobiście bardzo się spodobało. Przy czym spacerowaliśmy sobie na luzie, zwiedzając chyba wszystkie ciekawe miejsca, racząc się piwami na rynku każdego wieczora.


Ukraińskie fury zdecydowanie rulez


Jakiś zapomniany nagrobek na Cmentarzu Łyczakowskim.


Katedra Św. Jura.

I tak,  po dokładnie 3 tygodniach od wyjazdu, tą samą trasą wróciliśmy bez większych przygód do domu. Ukrainę polecam obecnie każdemu. Piękny kraj, Krym jest bardzo zróżnicowany krajobrazowo, każdy znajdzie coś dla siebie. My nie skupiliśmy się na samych górach, czego na pewno nie żałuję. Ceny bajecznie niskie (całość zamknęła się w 800 PLN przy kursie UAH=0,44 PLN). Pyszne jedzenie, świetne piwo. Czego chcieć więcej? Chichot


Ukraińskie browary zdecydowanie rulez Uśmiech Ostatnie piwko tuż przed wejściem do pociągu powrotnego do Lwowa.


 ** zapraszamy do dyskusji na forum w temacie: Krym 2009


Zmieniony ( 09.07.2010. )